„To była ostatnia szansa. Chcę żyć, dla syna, dla rodziny, dla przyjaciół, dla siebie.” – wywiad z Damianem Dymnickim

Mijają kolejne miesiące po przeszczepie płuc. Jak się Pan czuje?

Obecnie czuję się bardzo dobrze. Właśnie wróciłem z badań z kliniki, gdzie miałem przeszczep. Wszystkie wyniki wyszły bardzo dobrze. Poprawiły się, z czego jestem bardzo zadowolony. Ogólnie samopoczucie jest na pewno sto razy lepsze niż przed przeszczepem. Wcześniej nie mogłem biegać, jeździć na rowerze, czy nawet chodzić. Teraz po prostu jakbym dostał drugie życie. I chodzę, i biegam. Nie odczuwam tak zmęczenia.

Jakie były początki Pana choroby? Ile miał Pan lat, kiedy postawiono diagnozę?

Problemy pojawiły się, kiedy miałem 15 lat. W technikum. Wcześniej byłem bardzo aktywny fizycznie. Grałem w tenisa, w siatkówkę, w piłkę nożną, i jeździłem, biegałem.  Bardzo lubiłem sport.  Problemy zaczęły się, gdy miałem operację na wyrostek. Później okazało się, że miałem gronkowca. I od tego czasu zaczęły się moje trudności ze zdrowiem. Doszła astma. Byłem leczony w Słupsku, ale mój stan zdrowia cały czas się pogorszał. Pewnego dnia w takim bardzo złym stanie ze szpitala w Słupsku zostałem zabrany do Bydgoszczy, a później do Warszawy. I dopiero w Warszawie w 2009 roku stwierdzili, że jestem chory na mukowiscydozę. Zostałem skierowany do szpitala w Gdańsku, gdzie przyjeżdżałem i leczyłem się aż do tej pory.

Jak wyglądało Pana życie przed transplantacją? Wspomniał Pan, że nie mógł Pan nawet chodzić.

Było coraz gorzej. Jeszcze trzy, cztery lata temu to jakoś sobie dawałem radę. Ale dwa lata temu zaczęły się problemy. Wejście po schodach na IV piętro sprawiało mi trudności. Pojawiły się oznaki zmęczenia. Bywało tak, że co pół piętra robiłem przerwę. Czasami wejście na IV piętro zajmowało mi ponad 37 minut. 24 h na dobę byłem pod tlenem. Miałem koncentrator tlenu, taki stacjonarny. Ale on miał mały przepływ tlenu (trzy, cztery litry), a ja potrzebowałem tej najwyższej dawki, pięć litrów. Potrzebny był przenośny koncentrator, który niestety był bardzo drogi. Ale dzięki Polskiemu Towarzystwu Walki z Mukowiscydozą Oddział w Gdańsku udało mi się zdobyć jeden taki koncentrator, za co jestem bardzo wdzięczny. To dało mi możliwość wyjścia z domu. Inaczej nie dałbym rady.

W którym momencie podjął Pan decyzję o przeszczepie?

Byłem częstym bywalcem Szpitala Dziecięcego Polanki w Gdańsku. Przyjeżdżałem sześć, siedem razy w roku na dwa tygodnie. Bardzo miło wspominam szpital. Tu poczułem, że mam taką drugą rodzinę. To była szczególna więź, która połączyła nas wszystkich. I nieważne, czy ktoś miał 5, czy 40 lat, byliśmy tutaj taką wielką rodziną. Każdy każdemu pomagał. Uwielbiałem ten szpital. Zawsze będę go miło wspominał, zawsze będę go chwalił. Chciałbym podziękować doktor Ewie Sapiejce, która dołożyła wszelkich starań do tego, że doszło do przeszczepu. Kierowała całą moją historią choroby. Podziękowania należą się też całemu szpitalnemu personelowi: lekarzom, ordynatorom, pielęgniarkom (pani Beacie, Grażce, Kasi, Marioli, Ewie, Marzence, Asi, Beatce, Alicji, Kasi), psychologom, kucharkom, sprzątaczkom, wszystkim zatrudnionym w oddziale. Cały personel jest taki wspaniały. Ratowali mnie. Utrzymywali przy życiu. Przyjeżdżałem do szpitala w ciężkim stanie. Bywało, że saturację miałem 37, czy 54, a powinna być 98.

Dziękuję również personelowi Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, a przede wszystkim lekarzom, którzy mnie operowali: profesorowi Sławomirowi Żegleniowi, doktorowi Jackowi Wojarskiemu i doktorowi Wojciechowi Karolakowi. To im zawdzięczam życie. To są profesjonaliści. To oni dali mi życie i dadzą jeszcze innym ludziom. Życzę im sukcesów. Robią kawał dobrej roboty. Dają komuś drugie życie.

Ile trwały przygotowania do przeszczepu? Jak one wyglądały?

Przygotowania do przeszczepu trwały półtora roku. Częstsze wizyty w szpitalu, kontrole, więcej badań, tlenoterapia. Czasami było tak, że przyjeżdżałem do szpitala na dwa tygodnie, a potem trzy tygodnie odpoczynku i znowu wracałem do szpitala.

Jak długo znajdował się Pan na liście oczekujących na przeszczep?  Pamięta Pan moment, w którym dowiedział się Pan o tym, że znalazł się dawca?

Pamiętam to bardzo dobrze. Nie da się tego zapomnieć. Dwa lata temu mój stan był podbramkowy i właśnie wtedy doktor Ewa Sapiejka skierowała mnie na badania do Szczecina. Tam rozpoczęły się badania do przeszczepu. Po pół roku zostałem wpisany na listę i czekałem jakieś półtora roku. Stan zdrowia pogarszał się. Z dnia na dzień było coraz gorzej. 3 kwietnia 2019 roku około godziny 20:00 dostałem telefon, że są dla mnie płuca i mam dwie godziny na przygotowanie. To był szok. Nie wiedziałem, co mam zrobić.

Co Pan wtedy czuł?

Osłupienie. Byłem w szoku. Nie wiedziałem, co się dzieje. Zamurowało mnie. Miałem tysiąc myśli w głowie. Całe życie przeszło mi przed oczami. Tylko dwie godziny! Co mam wziąć? Chwila, przecież się nie wyrobię. Tego nie da się opisać… Nie docierało to do mnie. Karetka już jechała. To było dla mnie tak, jakbym wygrał szóstkę w totolotka, a tu mogę wygrać życie. Dobra, za dwie godziny będę w szpitalu, położą mnie na stół i co dalej? Wiedziałem, że to jest ostatnia szansa, a tym bardziej, że mam słabe serce i mogę tego nie przeżyć. Byłem tego świadomy. Bałem się ze względu na syna. Tysiąc myśli przeszło mi przez te dwie godziny. Co ja mam zrobić? Kody, hasła, smsy, co, gdzie ukryłem. Chciałem przekazać najważniejsze informacje. Z jednej strony, cieszyłem się, że jadę na przeszczep, że dostanę drugie życie. A z drugiej strony, to był wielki strach, obawa, co będzie dalej, czy ja się obudzę, czy wrócę do domu, czy zobaczę rodzinę, syna? To była ostatnia szansa. Jak się potem dowiedziałem, za tydzień mogło być już za późno.

Kto był dla Pana największym motywatorem przy podjęciu decyzji o przeszczepie? Kto był największym wsparciem w tych niełatwych chwilach?

Mój przyjaciel, Rafał. Znamy się od ponad dwudziestu lat, ale od niedawna zaczęliśmy się tak przyjaźnić. On mnie „wziął za fraki” i zmusił do przeszczepu. Rafał dał mi wiarę. To On mnie zmienił. Pchnął mnie w to życie. Wpakował w samochód i zawiózł do szpitala. To jest osoba, dla której oddałbym życie, tak samo mój syn i moi rodzice, którzy mnie bardzo wspierają. Zawsze mogę liczyć na moją rodzinę i Rafała. Byli przy mnie, gdy trwała operacja.

Jak wyglądały pierwsze dni po transplantacji?

Kiedy się obudziłem, nie wiedziałem, gdzie jestem, co się dzieje, jaki dzisiaj dzień. Pamiętam to bardzo dobrze. Mam ten obraz cały czas przed sobą. Było ciemno. Po prawej stronie stał pielęgniarz, przygotowywał leki. Pełno aparatury wokół mnie, sam leżałem na sali. Koniecznie chciałem wiedzieć, jaki dzisiaj dzień, która jest godzina.

Wiem, że były problemy, że już mnie nie było na tym świecie, chyba przez godzinę, już byłem tam. Operacja trwała ponad 16 godzin. Musiał wkroczyć drugi zespół. Były reanimacje. Obudziłem się dopiero po ośmiu dniach. Czas tej niepewności był bardzo trudny dla mojej rodziny. Ale czułem to wsparcie. Kiedy się obudziłem, przeczytałem smsy, które dostawałem od rodziców i Rafała. Jak oni mnie motywowali! Dzięki Ci Rafale, dzięki Kubo, Mamo, Tato. Bardzo Was kocham. Dodatkowo dziękuję też Państwu Gajewskim za wsparcie i pomoc. Mój syn trzymał mnie za nogę, żebym nie odszedł. Cały czas o nim myślałem. Miałem do kogo wrócić. Udało się. Dostałem szansę i nie chcę jej zmarnować. Chcę żyć, dla syna, dla rodziny, dla przyjaciół, dla siebie.

Jak bardzo zmieniło się Pana życie?

Zmieniło się na dobre. Więcej czasu spędzam z synem. Czasami nas w domu nie ma całymi dniami. Robimy to, czego wcześniej nie mogliśmy robić. Wynagradzam mu te chwile, których wcześniej nie mógł mieć. Spacery, wypady na promenadę. Chodzimy, jeździmy na rowerze, zwiedzamy, wygłupiamy się, skaczemy, biegamy. Syn jest miłośnikiem sportowych aut. Mamy wiele zdjęć z różnymi samochodami.

Jaką pierwszą zmianę Pan poczuł?

Szczerze. Brakowało mi kaszlu. Dopiero po tygodniu zrozumiałem, że nie kaszlę. Wcześniej kaszel bardzo mi dokuczał. Męczył mnie bardzo. Nie raz z tego powodu nie mogłem w nocy spać. Teraz bez większego problemu wchodzę po schodach.

Jak syn zareagował na poprawę Pana zdrowia?

Nie musieliśmy nic mówić. Niczego bardziej nie pragnąłem, jak tylko go przytulić. Był bardzo szczęśliwy. To był jeden z najlepszych dni mojego życia (oprócz tego dnia, kiedy się urodził).  On dostał nowego tatę, a ja go nie straciłem, wróciłem do domu. Teraz syn nie opuszcza mnie na krok. Chce spędzać ze mną jak najwięcej czasu. Zawsze, kiedy się witamy czy żegnamy, śpiewamy „I love you Baby”. To jest nasze. Takie coś. Nasze coś. Pokazujemy sobie „L”, czyli „Love”. Jakiś czas po operacji mogliśmy się widzieć tylko przez szybę i wtedy pokazywaliśmy sobie „L”. To był nasz znak. Nasza więź jest silna.

Jak długo trwa rekonwalescencja? Jakie leki musi Pan przyjmować? Ile kosztuje miesięczne leczenie?

Leków jest bardzo dużo, około 20 tabletek. Przyjmuję je siedem razy dziennie. Kosztują około 530 zł miesięcznie. Tak to wygląda przez pierwszy rok. To jest mój obowiązek, to są leki na gojenie. Po przeszczepie bardzo dużo dała mi rehabilitacja. Ćwiczenia nóg, stawów. Już trzy dni po przebudzeniu zacząłem powoli chodzić. Rehabilitacja trwała od rana do 17:00. Był wycisk, ale było warto. Jak pan doktor mnie zobaczył, to nie mógł uwierzyć, że tak szybko wracam do sił. Dziś w trakcie badania w ciągu 6 minut przeszedłem 768 metrów, wcześniej było to 625 metrów.

Jak dziś wygląda Pana dzień?

Wstaję rano, przygotowuję śniadanie dla syna. Spacery. Jazda na rowerze. W ciągu 28 minut przejeżdżam 10 km. A wszystko dzięki rehabilitacji, którą w ciągu dwóch tygodni przeszedłem w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku. Jeździłem na rowerku stacjonarnym i wtedy pojawiła się myśl: może kupię sobie rower i będę jeździł z synem? I tak sobie teraz jeździmy ścieżkami rowerowymi i po lesie. Staram się nadążać za synem, choć nie jest łatwo, bo narzuca szybkie tempo.

Co chciałby Pan przekazać innym chorym, a szczególnie tym, którzy czekają na kwalifikacje lub przeszczep?

Żeby się nie bali, żeby wierzyli. Na początku byłem pesymistą. Nastawiałem się negatywnie, że umrę, że nie wrócę do domu, że nie wyjdę z tego, że się nie uda. Miałem mniejsze szanse. Problemy z sercem. Zmotywował mnie mój syn i Rafał. Pojawiła się nadzieja. Zacząłem wierzyć. Wiedziałem, że mam do kogo wrócić: do Kuby, rodziny, przyjaciół. Bałem się, tak bardzo się bałem. Ale przezwyciężyłem to. Każdy może tego dokonać. Trzeba chcieć. Trzeba stosować się do reguł, wiele rzeczy sobie odmówić, zrezygnować z czegoś. To nie jest łatwe.  

Życzę wszystkim, którzy są chorzy, żeby się nie poddawali. Wierzyli w siebie, w rodzinę, bo mają wsparcie. Mogą być nawet nieświadomi, ilu wokół nich jest życzliwych ludzi. MukoPrzyjaciele – nie załamujcie się, nie myślcie negatywnie, wierzcie, że kiedyś nadejdzie taki dzień, doczekacie się!

Jakie plany na najbliższą przyszłość? Marzenia?

Chciałbym skoczyć na bungee. Czego ja bym nie chciał…? Przelecieć się samolotem. Chciałbym zwiedzić Frankfurt nocą, a zwłaszcza lotnisko. Pełnia księżyca, startujące samoloty. Coś niesamowitego.

Życzymy dużo zdrowia i spełnienia marzeń! Dziękujemy za rozmowę.